Grecki Chaos
Blask, ciemność. Hałas, cisza. Chaos, Chaos, Chaos…
Gwałt i spokój. Biel i czerń. A nad wszystkim panuje Chaos.
- Raisa, na Bogów, ocknij się! Nie teraz, nie gdy wszystko się skończyło!
Tętent kopyt, krzyk pośród krzyków. Głos znajomy, miły. Znów wszystko ogarnia Chaos…
Z Chaosu wyłania się On. W pięknej zbroi, lśniącej czerwienią krwi Jego wrogów. Podchodzi do niej, bierze ją za rękę.
- Ocknij się, córko – mówi twardym głosem, który jednak jest ciepły i pełen uczucia.
Raisa otwiera oczy, widzi Go pośród wszędobylskiego Chaosu. Klęczy nad nią i trzyma jej rękę. Z Jego oczu płyną łzy, lecz uśmiech gości na ustach.
- Córko… pięknie to brzmi… – jej głos jest słaby, ledwo porusza ustami. Nie ma żadnych ran, a mimo to krwawi, leży w wielkiej, czerwonej kałuży.
- Wytrzymaj jeszcze trochę… Ja nie mam tu mojej mocy, ale za chwilę dojedziemy do świątyni Afrodyty, ona nam pomoże.
- Zimno mi, tato.
Jej słowa są bardzo ciche. Ares obejmuje ją, tuli i powtarza, że wszystko będzie dobrze.
- Raisa, Raisa, obudź się, błagam cię! Już nie daleko, jeszcze chwila!
Koń toczy pianę, ale jeździec w podartym płaszczu nie pozwala mu zwolnić tępa ani na chwilę. Na wzgórzu przed nimi widać majestatyczną świątynię. Zdaje się błyszczeć w zachodzącym Słońcu, mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Jeździec każe przyspieszyć swemu wierzchowcowi, ten resztkami sił pokonuje ostatnie kroki swojego życia. Mężczyzna w biegu zeskakuje z padającego konia i z ciałem na rękach idzie do świątyni.
- Co to do diabła jest?! To nie jest żaden lazaret, zabierz te zwłoki! – krzyczy pulchna kobieta i stara się przegonić młodzieńca, ale ten nie daje za wygraną. Potężnym ciosem przewraca ją i biegnie co tchu do ołtarza. Młode adeptki chowają się po kątach, nikt mu nie przeszkadza, gdy kładzie ciało przed posągiem Bogini.
- Słodka Afrodyto, błagam o pomoc! – głos załamuje mu się, jest cały roztrzęsiony. Nie da rady mówić, łzy ciekną mu po policzkach strugami.
Nagle posąg zaczyna świecić własnym światłem. Zdaje się, że marmur ożywa. Po chwili zza rzeźby wychodzi kobieta. Jest piękniejsza od najpiękniejszych, jej skóra jest gładka, niczym nie skalana. Włosy koloru Księżyca opadają na smukłe ramiona, stalowe oczy patrzą na leżące na ołtarzu ciało. Bogini podchodzi bliżej jeźdźca, dotyka jego policzka i ociera zbłąkaną łzę.
- Nie przychodzisz tu dla mnie, lecz dla niej, Arturze – jej głos jest aksamitny, lecz pusty. Nie ma w nim emocji, odbija się echem w świątyni – Wiedz, że nie jestem skora do pomocy kobietom, które zabierają mi mężczyzn. Dlaczego mam ją uratować? Kim jest dla ciebie?
- Uratujesz ją, bo masz wobec mnie dług, droga Afrodyto.
Na środku Sali pojawia się On, w swojej czerwonej zbroi zdaje się bezcześcić piękno tego miejsca. Bogini spogląda na niego w milczeniu, lecz po chwili wybucha perlistym śmiechem, który brzmi bardzo złowrogo.
- Dług! I myślisz, że narażę się Posejdonowi! Chyba na tej wojnie poprzewracało ci się w głowie. Wiesz, że sama nie mam siły sprzeciwić się jednemu z Trzech! – jej twarz przybiera brzydki grymas – Uratować tę dziewczynę to jak wydać na siebie wyrok!
- To moja córka! – ryczy Ares i w mgnieniu oka znajduje się przy Afrodycie. Łapie ją za ramię i przyciąga do siebie – Jeśli ona zginie, zginiesz i ty. Wybieraj, między wojną z Posejdonem, a śmiercią z mojej ręki. A wiedz, że nie będzie to łagodna i szybka śmierć.
Bogini wyrywa się z jego uścisku i podchodzi do ciała dziewczyny. Przejeżdża długim paznokciem po jej szyi zostawiając czerwoną smugę krwi.
- Nie masz tu żadnej mocy. To moja świątynia – głos Afrodyty staje się zimny, w świątyni wieje lodowaty wiatr – Mówisz, że to Twoja córka. Z którą kochanką tak się zabawiałeś, że zapomniałeś o najważniejszym? Kiedy mnie zdradziłeś?
- Ona zabiła Odyseusza. Półboga. Herosa. Jest naszą nadzieją na nieuniknione. Zrozum to, kobieto! Raisa musi żyć! – Ares opiera się o kolumnę i chowa twarz w dłoniach. Wygląda teraz jak zmęczony żołnierz, a nie jak odważny bóg wojny – To ja nazwałem ją córką. Dałem jej moc, która pozwoliła jej zwyciężyć. Nigdy Cię nie zdradziłem.
- Zrobiłeś to dawno temu, występując przeciwko mnie na Olimpie. Nie pomogę Ci. To zbyt duże ryzyko. Przykro mi.
W świątyni zapada cisza. Bóg ma twarz ściągniętą bólem, bogini jest niewzruszona. Adeptki wstrzymują oddech. Kobieta, którą Artur uderzył wbiegając podnosi się na łokciu tylko po to, by za chwilę zemdleć. Zobaczyć boga to wielkie wyróżnienie, zobaczyć dwójkę to już pech.
- Weź moje życie. Zaklinam Cię, słodka Afrodyto, weź moje życie, ale uratuj Raisę – Artur przerywa ciszę. Wypowiada te słowa drżącym głosem, ale jest pewny swojej decyzji.
Afrodyta spogląda na niego. Chłopak widzi w jej oczach ból. Bogini nie może się sprzeciwić, tak mówi Prawo Olimpu.
- Niech tak się stanie.
